loadingimg

Wczytuję dane...
Palikot Płoną koty w biłgoraju

Janusz Palikot - "Płoną koty w Biłgoraju" - fragmenty:

 

 

O  P O L S K I C H   T R A U M A C H :

 

 

"(...)Moja babcia ze strony matki, która niedawno zmarła w wieku dziewięćdziesięciu
kilku lat, przez jakiś czas mieszkała z nami w Biłgoraju.
Była niesamowitą osobą i wywarła silny wpływ na mnie
i mojego brata. Babcia nie powiedziała nigdy złego słowa o jakimkolwiek
człowieku – nie była zdolna do ganienia ludzi. Cokolwiek
zrobiliby jej wnukowie, zawsze nas chwaliła. Bo każdego chwaliła.
Taka postawa w Polsce jest niezmiernie rzadka: zdolność chwalenia
bliźniego. Powinniśmy nieustannie chwalić się wzajemnie,
na przykład mówić sąsiadowi: „Ale jesteś wspaniały, pomalowałeś
dom, świetnie to zrobiłeś, co za gospodarz z ciebie!”.


Psychologia potwierdza znaczenie takiej afirmacji.


Wręcz fundamentalne! Babcia zawsze przynosiła nam prezenty,
mimo że była skromną emerytką. Nie wyobrażała sobie, by nie
przynieść wnukom choćby cukierka. Gdy kogoś odwiedzała, zawsze
była starannie ubrana i zadbana, strojem okazując ludziom szacunek.
Ubierała się w białe haftowane bluzki i stroiła w wiejskie
korale, ale mniejsza z tym, co zakładała, bo ważne było tylko to, że

jej ubiór zawsze był odświętny. Nie przypominam sobie, bym choć
raz widział ją zaniedbaną, w złym humorze i bez prezentu.
Z kolei moja mama zawsze domagała się i domaga nadal, by okazywać
jej dużo czułości, akceptacji i troski. Czasami niczym małe
dziecko oczekuje, by się nią zająć i poświęcić jej więcej uwagi. Zapewne
wynika to z tego, że podczas wojny jako kilkuletnie dziecko
trafiła na dziewięć miesięcy do obozu w Majdanku, ma więc za
sobą straszne doświadczenia.
Pokazuję kilka elementów rodzinnej układanki, by dowieść, że
w Polsce istnieje ogrom problemów do duchowego oczyszczenia.
To wręcz problem ogólnospołeczny: jak wyzwolić się z psychologicznych
i duchowych traum historii, z traum okupacji, stalinizmu
i z traum stanu wojennego. Oceniając formację komunistyczną
czy postkomunistyczną, zbyt lekko przechodzimy do porządku
dziennego nad tą fundamentalną kwestią. W roku 1981 ponownie
doświadczyliśmy upokorzenia, a zwycięstwo w roku 1989, chociaż
wielkie i dla ludzi z zewnątrz niewyobrażalne, wielu z nas nie
cieszyło. Cieszyliśmy się w roku 1980 i 1981, wówczas Polska
była całkowicie odmiennym krajem i czuliśmy dumę, że udało
nam się wyrwać z peerelowskiej beznadziei, ale ten entuzjazm
został zdławiony i niewykorzystany w porządku duchowym, który
jest niezwykle istotny dla budowy społeczeństwa obywatelskiego.
Historia nie pozwoliła nam być prawdziwym narodem, a już z pewnością
społeczeństwem. Jak dziś uporać się z owymi historycznymi
traumami? Może to paradoks, ale cieszę się, że milion rodaków

wyjechał z Polski, bo wzbogacą się o inną energię duchową. Jeżeli
w przyszłości uda się ich namówić na powrót do Polski…


Ale czy się uda?


Nie ulega wątpliwości, że musimy szukać sposobów, by ich do tego
zachęcić. Dam przykład. Zwiedzając niedawno Australię, poznałem
pewnego Polaka, który wyemigrował z kraju w roku 1981. Człowiek
ten ma w Perth warsztat samochodowy, ale prowadzi także
drugi biznes: organizuje kilkutygodniowe pobyty w australijskim
buszu. Jeśli się trafią klienci tacy jak ja, którzy chcą się wybrać na
wyprawę przez busz, to on podejmuje się być ich przewodnikiem:
ma jeepy, sprzęt i znakomitą orientację w terenie. Ta niezwykła
pasja wiąże się z początkami jego pobytu w Australii: trafił do
przedsiębiorstwa zajmującego się poszukiwaniem w buszu różnych
złóż. Opowiadał mi, że gdy po trzech latach praca się skończyła,
rząd australijski uruchomił specjalny program powrotu do normalnego
życia dla wszystkich, którzy pracowali w buszu, bo życie
w buszu przez dwadzieścia cztery godziny na dobę niesłychanie
wciąga. Mam wuja marynarza, który wprost nie wyobraża sobie
życia na lądzie; to wspaniały facet, ale żeby go zmusić do życia
na lądzie, chyba trzeba by go poddać psychoterapii. Wracając do
mechanika z Perth: gdy skończyła się praca w buszu, australijscy
urzędnicy nie zostawili go na lodzie. Poradzili mu: zamień pasję
w biznes, swoją pasję oferuj innym – dziesięć miesięcy w roku

naprawiaj samochody, dwa miesiące przeznacz na wyprawy ze
swoimi klientami do buszu.
Podobnie bywa z nami i naszymi traumami – potrzebujemy terapii
i mądrych pomysłów. Wygodnie jest narzekać, żywić się poczuciem
klęski, krzywdy i niesprawiedliwości dziejowej; to znakomity
psychologiczny mechanizm, usprawiedliwiający nicnierobienie:
nie muszę wstawać, szukać skarpetek ani butów, nie muszę się
golić. Nic nie muszę. Przydałaby się nam jakaś ogólnonarodowa
terapia. To, czemu służyli KOR-owcy, czyli idea społeczeństwa
obywatelskiego, realizowana przez garstkę zapaleńców, wydawało
się porywaniem z motyką na słońce. Dzisiaj jednak widzę, że dopadają
nas zmory przeszłości. Marnujemy wiele najcenniejszych
zasobów, nie wykorzystujemy możliwości, jakie zyskaliśmy po
wstąpieniu do Unii Europejskiej, pogarsza się nasza pozycja na
arenie międzynarodowej, spychamy się znów między zjednoczone
Niemcy a Rosję, która odzyskuje energię i potęgę dzięki handlowi
gazem i ropą, odbudowuje armię i żąda, by się z nią w Europie
liczono. Prowadzimy fatalną politykę, wybieramy nieodpowiednich
ludzi na najwyższe stanowiska w państwie. Jako społeczeństwo
modernizujemy się zbyt powoli, nie odczuwamy potrzeby zmiany
działania i myślenia, by skutecznie stawić czoła rzeczywistości. Czy
istnieje wyjście z tego ślepego zaułka? Czy jesteśmy w stanie znaleźć
przywódców, którzy zajmą się najważniejszymi problemami?
Najważniejsze zaś problemy kryją się w polskiej duszy. Dlaczego
Papież stał się dla nas wszystkich autorytetem? Nie tylko z tej
racji, że dzięki niemu podnieśliśmy głowę i odzyskaliśmy godność
narodową; stał się autorytetem, albowiem mówił głośno o tym, co
tkwi w duszy każdego człowieka, o jego podmiotowości, miłości,
stosunku do pracy. Dzisiaj przywódcy polityczni są partyjnymi
biurokratami. Brakuje nam kogoś, kto poderwałby nas do prawdziwego
lotu."

 

 

 

G D Z I E  J E S T  P A N  B Ó G?

 

 

Filozofia otwarła przed Panem perspektywę poszukiwania wewnętrznej
istoty. A co z religią?


Ironia losu związana ze studiami na KUL-u polegała na tym, że
zdając na tę uczelnię, byłem człowiekiem niewierzącym, choć nie
była to agresywna niewiara, jak u niektórych studentów. Raczej
obojętność.


Dom rodzinny nie był religijny?


Był. Rodzice chodzili do kościoła, nawet karali nas za opuszczanie
niedzielnej mszy. Przez dwa lata byłem ministrantem w Biłgoraju
w kościele Świętego Jerzego, później, jako nastolatek, zbuntowałem
się i przestałem regularnie chodzić do kościoła. Nałożyły się na
to polityczna działalność w liceum i kłopoty, jakie z tego wynikły.
W pewnym sensie dystans wobec Kościoła oznaczał odrzucenie
wszystkich narzucanych mi struktur.

 

 

 

Mając kilkanaście lat, niełatwo samotnie zmagać się z całym
światem, często uciekamy wówczas w religię…

 

 

A ja na odwrót. Jak Witkacy postawiłem wszystko na ostrzu noża:
niech się wszystko przejaśni, do końca dopowie, wytłumaczy. Byłem
całkowicie bezkompromisowy i uparty, ani mi w głowie było
ukorzyć się przed kimkolwiek, nawet przed Bogiem.
W zasadzie mój stosunek do Kościoła zmienił się w ostatnich
latach życia Jana Pawła II. Pierwsze pielgrzymki obserwowałem
z zainteresowaniem, jak większość Polaków, w niektórych nawet
uczestniczyłem, ale pielgrzymki nie wywarły na mnie wielkiego
wpływu. W ostatnich latach zacząłem jednak dostrzegać wielkość
Wojtyły i ogromne wrażenie wywarła na mnie jego umiejętność
łączenia różnych wątków rzeczywistości w spójną całość. Jego
pogłębiony personalizm potrafił scalać politykę, etykę, kulturę
i religię, co mnie zafascynowało; oprócz tego, oczywiście, trudno
nie podziwiać działalności społecznej i politycznej Papieża.
Natomiast KUL i studia warszawskie to moment w moim życiu,
gdy byłem na bakier z Panem Bogiem i pozostawałem poza jakimkolwiek
doświadczeniem religijnym. Do dzisiaj ławka w kościele,
w której się klęka i prosi Boga o pomoc albo o opiekę, jest miejscem
dla mnie nieoswojonym, poniekąd obcym. Nie jest mi dana łaska
prostej i ufnej wiary. Jestem otwarty, nie mam w sobie już żadnych
barier – dumy czy młodzieńczej przekory, czuję, że to wszystko jest
już poza mną, ale wiara wciąż do mnie nie przychodzi.
Niemniej pojawiło się coś innego, co związane jest z przeżyciami
doświadczonymi na Athos i podczas innych podróży. Dość niespodziewanie
zacząłem przykładać wielką uwagę do liturgii i do formy,

bardziej nawet niż do treści. Moja niezgoda na Kościół i niezdolność
otwartej rozmowy z Bogiem wynikała z tego, że trudno mi było
zaakceptować sposób komentowania Pisma Świętego oraz treści,
które słyszałem w kościele.

To tworzyło bariery. Nigdy wcześniej
nie podejrzewałem, że znak i sama forma mogą mieć wewnętrzną
moc. Do niedawna czysta forma w religii kojarzyła mi się z magią,
dlatego odruchowo ją odrzucałem.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Ciekawe, Czesław Miłosz, choć się z Kościołem spierał, czego
dowodem choćby Traktat teologiczny, szanował celebrację liturgiczną.
Widzieliśmy kiedyś, jak uczestniczył we mszy, całym sobą
angażując się w liturgię…


Pilnie śledziłem zmagania Miłosza z tajemnicą wiary i z Kościołem,
które były mi bliskie. Przyznam się, że ucieszyłoby mnie,
gdyby Kościół znów zaczął celebrować mszę po łacinie. Odpowiada
mi msza grecka, choć kiedy w niej uczestniczę, nie rozumiem
słów wypowiadanych podczas liturgii, ale najistotniejsza wydaje
się forma, skupienie się i otwarcie na sacrum. Wciąż mam poczucie,
że pozostaję jakby w przedsionku Kościoła, toteż mój „wiek
męski” wydaje się „wiekiem klęski” – jest czasem spędzonym na
pustyni.

 

Mówi Pan o znaku i formie, czyli słowa nie mogą wyrazić tego, co
najistotniejsze, uchwycić to potrafi jedynie symbol?

 

Tak to zaczynam rozumieć i przeżywać. Jednym z ostatnich moich
odkryć jest Medytacja chrześcijańska pióra angielskiego benedyktyna
Laurence’a Freemana. Freeman propaguje modlitwę praktykowaną
już przez Kasjana w V wieku, lecz później zapoznaną przez Kościół
na Zachodzie; polega ona na powtarzaniu w rytm oddechu świętego
słowa czy zdania zaczerpniętego z Biblii. W rytm medytacji wchodzimy
wtedy, gdy znaczenie słów przestaje skupiać naszą uwagę:
ogrania nas wewnętrzny spokój i docieramy wówczas do siebie.

 

Freeman kilka lat temu wygłosił w kapitularzu krakowskich dominikanów
wykład o medytacji, w którym uczestniczyło wiele
przypadkowych osób: od nastolatek po „babcie kościelne”. Wykład
był piekielnie nudny, aż do czasu, kiedy mówca zarządził dwudziestominutową
medytację. Poprosił, by się wygodnie rozsiąść,
przestać o czymkolwiek myśleć i wsłuchać się w swój oddech. To
doświadczenie dla nowicjuszy było dość niezwykłe.


To, co jest mi bliskie, bez wątpienia nie jest głównym i najbardziej
ortodoksyjnym nurtem religii. Gdy wybrałem się pierwszy raz na
Athos, a byłem tam dwukrotnie, nie rozumiałem, dlaczego mnich
tysiąc razy dziennie musi klęknąć i pięć tysięcy razy powtórzyć
„Kyrie elejson”. Tymczasem powtarzalność gestów i słów, podobnie
jak wcześniej u Pitagorejczyków czy w sekcie orfickiej, dotyka
pierwotnej konstrukcji świata i pozwala połączyć się z podstawą
rzeczywistości.

 

Co Panu kazało jechać na Athos?


Magia miejsca nietkniętego nowoczesnością. Wiedziałem, że na
Athos nie ma elektryczności, dróg, reklam, miast we współczesnym
ich rozumieniu, że zachował się średniowieczny porządek
przestrzeni, że panuje tam niezmieniony cywilizacją duch starej
Europy, czyli świat nie uległ uprzedmiotowieniu. Tam czas się zatrzymał
i to mnie ciekawiło. Athos przypomina mi Islandię, ziemię
dziewiczą, której oblicza nie zmienił lodowiec sprzed kilkunastu
tysięcy lat.
Przybywając na Athos, wędruje się od klasztoru do klasztoru,
w każdym pozostając na jedną noc. Pierwsze wrażenia są natury
estetyczno-higienicznej: śpimy w wieloosobowych celach i to w używanej
pościeli, co powoduje silny dyskomfort. Po kilku dniach
zaczynamy rozumieć, że owe niewygody to element pewnej drogi,
duchowej inicjacji; trzeba więc zaakceptować inny standard życia,
co rzecz jasna wymaga wewnętrznego wysiłku. Jada się dwa razy
dziennie, i to wyłącznie zimne bezmięsne posiłki, na ich zjedzenie
przeznaczone jest piętnaście minut. Musimy więc rezygnować
z tego wszystkiego, co w świeckim znaczeniu wyróżnia nas i stanowi
o naszej odrębności: choćby własna pościel czy spokojny sen
(zdaje się, że łatwiej zaakceptować czyjeś poglądy niż chrapanie).
W węd rówkę po tej republice mnichów wpisuje się zatem nieustanna
obecność drugiego człowieka. Zauważmy, w cywilizowanym
świecie jego obecność jest „opakowana”: ciało drugiego człowieka

jest oddalone, jesteśmy od niego oddzieleni długością stołu, perfumami,
ubraniami, codzienną higieną. Tymczasem na Athos ciało
drugiego człowieka jest fizycznie bliskie. Przykład dość trywialny:
nieustannie czujemy czyjś zapach. W pierwszych chwilach niezbyt
wiadomo, jak się wobec tego zapachu zachować. To są „nożyce”,
które przecinają różne sznurki, by przygotować naszą duchową
fermentację.
Na tym nie koniec. O pierwszej w nocy kołatka wzywa na modlitwę,
która trwa sześć czy siedem godzin – aż do wschodu słońca. W tym
momencie zaczyna się druga próba: w monastyrze nie ma siedzeń,
są wyłącznie podpórki pod łokcie. Modlitwa zaś jest dziwnym doświadczeniem:
nie wygłasza się kazania, są tylko śpiewy, kadzidła,
świece, w których świetle migoczą średniowieczne freski. Podczas
pierwszej godziny modlitw atmosfera zniewala niezwykłością:
zakapturzeni mnisi biegają po świątyni według niezrozumiałych
wzorów, całują ikony i co chwila padają na ziemię, powtarzając
tysiące razy „Kyrie elejson”; trudno się oprzeć wrażeniu, że to
rodzaj rytualnego tańca. Najpóźniej po trzech godzinach zapada
się w rodzaj czuwającej nieobecności, co trwa jakiś czas i w końcu
trzeba się przespać choćby godzinę.
Podczas nocnych misteriów spotkało mnie nieoczekiwane zdarzenie:
którejś nocy przestałem odczuwać jakiekolwiek zmęczenie
– mijały godziny, a ja nie musiałem opierać się o podłokietniki,
byłem całkowicie trzeźwy i skupiony, czując chęć trwania w kontemplowaniu
tego, co się wokół dzieje.

Jako katolikowi nie wolno mi było przekraczać drugiego i pierwszego
kręgu cerkwi, stałem więc w jej przedsionku. Gdy kilka razy
usiłowałem przesunąć się nieco bliżej centrum świątyni, jak spod
ziemi wyrastał mnich i łamaną angielszczyzną przypominał, że
dalej nie wolno mi się zapuszczać. Pospolita ciekawość nie jest
wystarczającym powodem przekroczenia świętego miejsca, bo co
z tego, że wejdę do świątyni i ujrzę bezcenną ikonę w migoczącym
świetle świec, jeżeli nic nie zrozumiem? Nie chodzi tylko o to, by
zobaczyć ikonę, gdyż ta nie przemówi do tego, kto nie jest wtajemniczony.
W świetle mistycznego porządku byłoby to zachowanie
bez głębszego sensu.

 

Zwykłe wścibstwo.


Właśnie, a zrozumienie tego uczy pokory. Co ciekawe: na Athos nie
ma co liczyć na uprzejmość, bo tamtejsi mnisi całą swoją postawą
pragną powiedzieć, że nie akceptują katolików. Nie skrywają tego,
co o nich myślą: źle wierzysz i jesteś heretykiem, nie panuje tam
więc tolerancja. Po prostu: mylisz się, nie jesteś ortodoksem, nie
wiesz, czym jest wiara. Mnisi nie okazują zatem uprzejmości, bo
nie mogą się wyrzec prawdziwego Boga. Jednak pewnego razu,
gdy z pełną świadomością i bez zmęczenia uczestniczyłem w misteriach
w tym wrogim otoczeniu, zbliżył się zakapturzony mnich
i dotknął mnie ręką. To było specyficzne dotknięcie, bo nawet go
nie poczułem – jego ręka przypominała bowiem przezroczyste ciało

astralne, czemu trudno się dziwić, skoro przez kilkadziesiąt lat
mnich pościł i nie jadał mięsa. Tym dotknięciem zaprosił mnie do
wewnętrznego kręgu, ale nauczony doświadczeniem powiedziałem,
że nie jestem ortodoksem. Na co on pokiwał głową, jakby chcąc
rzec: nic nie szkodzi. Choć się tego nie spodziewałem, moja koncentracja
została dostrzeżona. W zwykłym świecie nie zauważamy,
że skupienie prowadzące do wewnętrznej harmonii ujawnia się na
zewnątrz. Dzięki modlitwie, śpiewom, gestom tworzy się harmonia
z najgłębszą istotą rzeczywistości.

 

Czyli uczestniczymy w czymś, co nas przerasta, czego nie rozumiemy,
lecz to akceptujemy?

 

Jaka metafizyczna korzyść płynie z owych medytacyjnych doświadczeń?
Otóż myślę, że dzięki nim dotykamy spełnienia, czując, że
przechodzimy do porządku dziennego nad naszą śmiertelnością
i nad wszystkim, co przynosi życie. Godzimy się, że to, co nam
dane, oraz sposób, w jaki jest dane, ma sens. Co nie znaczy wcale, iż
życie przestaje odtąd być wyzwaniem, że powinniśmy zrezygnować
z pragnienia przemiany naszego życia. Najważniejszym bowiem
zadaniem człowieka jest realizowanie własnej istoty, o czym mówi
klasyczna definicja szczęścia sformułowana przez Arystotelesa:
postępuj zgodnie ze swoją naturą. Intuicyjnie czujemy, że w życiu
chodzi właśnie o postępowanie zgodne z własną naturą. Zwykle
rozumowo próbujemy zamknąć rzeczywistość w siatce pojęć, i nic

w tym złego, bo takie postępowanie określa nam pole działania, ale
trzeba znaleźć w sobie pokorę i zgodę na to, że przy całym zniuansowaniu
definicji szczęścia istnieje coś, co wyznacza naszą istotę, a co
bywa uchwytne jedynie dzięki intuicji. Z czasem zdobywamy zdolność
rozróżniania, co jest, a co nie jest zgodne z naszą istotą. Ową
zdolność zawdzięczam doświadczeniom przeżytym na Athos.
Drugie istotne przeżycie duchowe wiąże się z moją wyprawą na
biegun północny. Mógłbym powiedzieć, że to doświadczenie wewnętrznego
„roztapiania się”. Powody, dla których wyrusza się na
podobną wyprawę, zwykle bywają dość śmieszne: przede wszystkim
ciekawość, jak tam jest; potem pragnienie dowartościowania siebie,
bo mało kto tam dotarł; w końcu chęć sprawdzenia, czy poradzę
sobie w ekstremalnych warunkach; albo też oczekiwanie niezwykłych
doznań, w rodzaju siedemnastu odcieni bieli. Wyruszając
jednak na tę wyprawę, nawet dla tak błahych powodów, po kilku
dniach zapomina się o nich, bo całą uwagę zaprząta kilkudziesięciostopniowy
mróz. Mróz zaś oczyszcza człowieka i uwalnia go od
wszelkich spraw, z którymi wybrał się na lodową pustynię. Pierwszego
dnia jeszcze myślałem o żonie, o tym, co się dzieje w firmie,
i o wielu niezałatwionych sprawach, ale po trzech dniach te problemy
przestały istnieć, jakby się rozpuściły w mrozie. Podczas
wyprawy na biegun nie można mówić, bo zamarzają usta, milczy
się więc, milczy się przez wiele dni. Czy współczesny człowiek może
długo milczeć? Proszę sobie postanowić, że od jutra przez cały
tydzień nie powiecie ani jednego słowa.

 

Ciekawe, że coraz większym powodzeniem cieszą się grupy milczenia
na pieszych pielgrzymkach.


Jeśli spróbują Panowie milczeć przez cały tydzień, to będzie Panów
dobra wola, tymczasem na biegunie nie ma wyjścia: jeśli powie
się jedno słowo, to mówienie zaboli, bo para z ust natychmiast
zamarznie na twarzy. Z czasem jednak milczenie zaczyna być
przyjemne i odechciewa się mówienia. Hemingway powiedział, że
człowiek uczy się mówić pięć lat, milczeć zaś pięćdziesiąt, lecz idąc
na biegun, uczymy się milczenia w ciągu kilku dni.
W tak ekstremalnych warunkach dochodzimy do istoty rzeczy, szybko
przekonujemy się, że warto się zajmować wyłącznie tym, co ma
prawdziwy sens, od czego zależy nasz następny krok i przetrwanie,
bo nie ma sensu zajmować się sprawami nieistotnymi. Takie doświadczenie
oczyszcza. Gdy znikają nasze dotychczasowe pragnienia
i aspiracje, budzi się w nas czysty strumień świadomości: autentyczny
dialog z sobą samym. Następuje więc coś na podobieństwo
fenomenologicznej redukcji, prowadzącej do uchwycenia czystego
„ja”. W tym wyciszeniu docierają i przemawiają do nas symbol,
znak, liturgia. Przed wyprawą nigdy wcześniej coś podobnego mi
się nie przytrafiło. Nie miałem ku temu możliwości, pędząc przez
życie, angażując się w biznes czy w pracę intelektualną. Na biegunie
zamarzłem, choć w istocie zamarznięcie okazało się roztopieniem
– wyparowało ze mnie wszystko, co nieistotne. To otwarcie się na
siebie samego przygotowało mnie do wejścia w medytację: w znak

w formę, w liturgię. Być może bez wyprawy na biegun nie przeżyłbym
tak intensywnie późniejszego doświadczenia Athos.(...)"

 

G Ę B A  P R E Z E S A

 

Mówiąc o studiach, o autorytetach filozoficznych, o dojrzewaniu
intelektualnym, nie sposób nie wspomnieć Witolda Gombrowicza,
do którego twórczości jest Pan bardzo przywiązany. Dlaczego
Gombrowicz?


Jak tu o nim nie mówić, skoro mając szesnaście lat, czyli w roku
1980, przeczytałem jego wydane w drugim obiegu Dzienniki? Lektura
ta okazała się otwarciem puszki pełnej sprzeczności. Rok 1980
był czasem patriotycznej euforii i zgoła romantycznych uniesień
wolnościowych. Nie odczuwałem szczególnej dziwności w tym, że
w chwili gdy Polacy podnoszą się z kolan i usiłują odrzucić jarzmo
sowieckiej zależności, pogrążam się w lekturze pisarza, który głęboko
kontestuje Polskę jako zbiorowość ludzi niedojrzałych. Każda
z później przeczytanych książek Gombrowicza – Ferdydurke czy
Trans-Atlantyk, Pornografia czy Kosmos – była dla mnie przeżyciem
intelektualnym.
Gombrowicz pomógł mi zmierzyć się z takim rodzajem patriotyzmu,
jaki kultywowano w domu rodzinnym, gdzie wieczorem przy
kielichu szło się na Moskwę, ale rankiem, niestety, budziliśmy się
w Biłgoraju. To był patriotyzm desperacki, skory do rzucania się
z szablą na czołg, zresztą ta postawa trafiła pod nasze strzechy już
w czasach romantyzmu. Byłem przesiąknięty owym archai cznym

umiłowaniem polskości, nie mogłem nawet spokojnie wy słuchać
hymnu narodowego, bo natychmiast zbierało mi się na płacz i wzruszenie
ściskało mi gardło. To było irracjonalne. Choć z drugiej
strony, gdy moja rodzina – ale czy tylko ta jedna? – budziła się nie
w Moskwie, ale w Biłgoraju, ogarniała nas wściekłość na „polskie
dziadostwo”: na fatalne drogi, na wiecznie spóźniające się pociągi,
na źle funkcjonujące instytucje, na brudne toalety i niedomytych
chłopów, na wszystko, co świadczyło o klęsce cywilizacyjnej i rozbracie
z nowoczesnością. Wstydziłem się za taką ojczyznę. Wstydziłem
się także, jak większość Polaków, że jesteśmy upokorzeni
i zniewoleni przez Sowietów. A więc łzy prawdziwego wzruszenia
przy dźwiękach Mazurka Dąbrowskiego, a zarazem wściekłość
i wstyd. A że miałem piętnaście czy szesnaście lat, nie byłem
skory do jakichkolwiek kompromisów, oczekiwałem na słowo,
które pomogłoby mi uporać się z tym piekielnym rozdwojeniem:
że i płaczę, i wstydzę się zarazem.
I w tym momencie pojawił się Gombrowicz, jak deus ex machina:
„Wobec Polski Polak nie umie się zachować, ona go peszy
i manieruje”. Dzięki Gombrowiczowi zrozumiałem, że patriotyzm
nie musi się wyrażać czynami powstańczymi i rewolucjami czy
wieczornymi pochodami na Moskwę, może się też wyrażać pracą
nad modernizacją Polski, wyrzeczeniem się szkodliwych mitów,
wyzbyciem zatrutych iluzji, które Gombrowicz bezlitośnie demaskował.
Jednym słowem: patriotyzm to wysiłek. Do dziś staram
się realizować ten właśnie rodzaj patriotyzmu – angażując się

obywatelsko, wspomagając instytucje pozarządowe, co niejako jest
konsekwencją młodzieńczych lektur Dzienników. Gombrowicz więc
ukształtował mnie jako obywatela, znacznie później podobnej lekcji
miał mi udzielić Henryk Wujec, choć pierwsza i najważniejsza była
niewątpliwie lekcja Gombrowicza. Być może nie wyleczył mnie on
całkowicie ze wspomnianego rozdwojenia, lecz z pewnością ofiarował
sposoby, bym wypracował postawę wobec Polski, nauczył się
dystansu do rzeczywistości oraz do siebie samego.
W liceum nie rozstawałem się z Gombrowiczem. W grudniu 1981
roku, po wprowadzeniu stanu wojennego, esbecy przeprowadzili
rewizję w domu rodziców, jej powodem była – o czym już mówiłem
– moja aktywność w samorządzie uczniowskim. Skonfiskowano mi
wówczas wiele książek, ale Dzienniki, a zacząłem je znów czytać
przed rewizją, zdążyłem schować pod gąbką fotela, na którym
siedziałem. Oni wywracali dom do góry nogami, ja zaś nie ruszałem
się z fotela. Zachowałem ten egzemplarz Dzienników do dziś.
Kilka miesięcy później, bodaj w kwietniu 1982 roku, jechałem
z Warszawy do Biłgoraja. Wybrałem się do domu na święta wielkanocne,
z wojskowym plecakiem pełnym bibuły; pamiętam, że
miałem między innymi Na nieludzkiej ziemi Józefa Czapskiego
i sporo podziemnych biuletynów Solidarności, które chciałem
porozdawać znajomym z rodzinnego miasteczka. Nagle, gdzieś
pomiędzy Lublinem a Biłgorajem, autobus został zatrzymany przez
żandarmerię, która chciała skontrolować, czy podróżujący mają
przepustki wymagane w stanie wojennym. Żandarmi wchodzą

więc do autobusu, przetrząsają wszystkim torby i nieuchronnie
zbliżają się do mnie, ja zaś jestem już pewien, że nie dojadę do
domu. Podszedł do mnie żandarm, sprawdził przepustkę i pyta,
co mam w plecaku. „Książki” – odpowiadam. „Skąd jedziesz?”
– pyta dalej. „Z Warszawy, gdzie chodzę do liceum”. – „Pokaż,
co wieziesz!” Wyjmuję więc Czapskiego. Żandarm rzucił okiem
i mówi: „To zmykaj!”. Wspominam to zdarzenie, bo miałem przy
sobie Dzienniki, które po raz drugi ocalały przed konfiskatą. Ale
to tylko anegdoty.


Czy potrafi Pan wyjaśnić, dlaczego podczas karnawału Solidarności
i w stanie wojennym niewielu czytelników Gombrowicza czuło
zgrzyt między patriotyczną, niekiedy hurrapatriotyczną euforią
a jego niechęcią do obrzędów narodowych?


Być może z tej racji, że Solidarność była wów

czas ruchem otwartym,
mogło się więc wydawać, że nawet Gombrowicza można zaanektować
dla dobra „sprawy”. Gombrowicza można było postrzegać
jako sojusznika tych dziesięciu milionów, które zapragnęły Polski
innej niż komunistyczna, głosił on bowiem, że naszą powinnością
jest uwolnienie się od demonów, które uniemożliwiają organizowanie
nowoczesnego społeczeństwa i odbierają jednostce wolność,
nie pozwalając jej być sobą. Gombrowicz był antykomunistą,
niemniej – nie odkrywam tu Ameryki – był przede wszystkim
przenikliwym krytykiem zbiorowości, twórcą mierzącym się z pro

blemami prawdziwie filozoficznymi, z myślą egzystencjalną czy
strukturalistyczną. Cokolwiek by mówić, stał się moją największą
młodzieńczą miłością i swego rodzaju ojcem duchowym.
Uderzam w tony poważne, lecz gdy pierwszy raz pochłaniałem
Dzienniki, mimo że byłem szczeniakiem, dostrzegłem spór, jaki
pisarz ten toczył z tradycją sarmacką i romantyczną. Zachwycił
mnie także czymś zgoła innym: skłonnością do gry i prowokacji
– co się odbiło na moim losie, bo za sprawą Gombrowicza stałem się
bezczelnym szesnastolatkiem, drażniącym i doprowadzającym do
szału wszystkich naokoło, szczególnie nauczycieli z biłgorajskiego
liceum. Nauczycielka języka polskiego ledwo przeczytała kilka
zdań z moich heretyckich wypracowań, a już wyrzucała zeszyt
przez okno. Nie wytrzymywała psychicznie, najwyraźniej nie miała
tak silnych nerwów jak pani Gombrowiczowa, z którą Witold ze
starszymi braćmi toczył nieustanną wojnę. Jak to pisze on we
Wspomnieniach polskich? „Wystarczyło aby matka zauważyła
mimochodem, że deszcz pada, a mnie siła przemożna zmuszała natychmiast
do stwierdzenia z wystudiowanym zdziwieniem, jakbym
usłyszał największy absurd: – Jakżeż! Przecież słońce świeci!”. Ja
również uwielbiałem wmawiać ludziom, że słońce świeci, nawet
dzisiaj pozwalam sobie niekiedy na takie gierki. Więcej szczęścia
miałem w warszawskim liceum, gdzie moje prowokacje a` la Gombrowicz
przyniosły mi nieoczekiwane uznanie. Otóż pewnego razu
napisałem wypracowanie, pastwiąc się nad Chłopami Reymonta,
starając się dowieść, że to książka słaba, że bohaterowie źle zary

sowani i trywialni, w ogóle to nie literatura, ale bezwartościowa
i sentymentalna cegła, konserwująca dawne stosunki społeczne,
która nie pozwala myśleć o przyszłości, więc powinno się zabronić
jej czytania. Nie mam pojęcia dlaczego, ale polonistka wpadła
w zachwyt. Do dziś dźwięczą mi w uszach jej słowa: „No proszę
bardzo, przyjechał z Biłgoraja i ma własne zdanie!”.(...)"

 

Janusz Palikot - "Płoną koty w Biłgoraju" do nabycia tu

Pomóż Karolci w walce z nowotworem

Fundacja Pomocy Rodzinie

oraz Dzieciom i Młodzieży

Prosimy o pomoc dla naszej znajomej Karolci:

Fundacja Pomocy Rodzinie

oraz Dzieciom i Młodzieży